Trwa otwarta, choć bardzo kulturalna wojna o klasyfikację prawną linkowania na naruszeń praw autorskich. Branża potrzebuje jednak nie tylko odpowiednich regulacji, ale przede wszystkim jasnej definicji linkowania, bez której ustanowienie porządku prawnego w internecie nie ruszy z miejsca.

Problem olbrzymiego i szybko rosnącego piractwa, które niszczy przemysły kreatywne, powstał na skrzyżowaniu prawa autorskiego i prawa internetowego. Stronami konfliktu są z jednej strony legalne przedsiębiorstwa medialne, którym zależy na załataniu luki prawnej, a z drugiej strony firmy internetowe, które wyrosły na eksploatacji cudzych treści i są zainteresowane utrzymaniem jak największej luki.

Od strony użytkownika, który chce obejrzeć mecz na żywo, nowy film czy odcinek seriali, nie ma znaczenia na jaki serwis trafił, jak ten serwis działa, skąd ma treści i jaką drogą je udostępnia. Ważne że po kliknięciu Play ogląda to czego szukał. Tak samo nie powinno być różnicy w kwalifikacji prawnej czynu, to znaczy jeśli serwis udostępnia treści, a nie uzyskał na nie licencji, to narusza prawo autorskie. Tymczasem prawo internetowe czyni go prawie całkowicie bezkarnym. Powstało ono w zbożnym celu, a mianowicie ochrony firm internetowych – serwerowni, pośredników płatności, dostawców przestrzeni w chmurze – przed odpowiedzialnością za ewentualne naruszenia dokonane przez ich klientów. A także przed nieuczciwą konkurencją, która mogłaby „podrzucić” nielegalny plik na cudzy serwer tylko po to, żeby policja go skonfiskowała po donosie. Jednak jako firmy internetowe i pośrednicy zaczęli występować wydawcy internetowi, to znaczy właściciele stron, którzy publikują masowo cudze treści bez zgody i bez opłat. Zasłaniają się tym, że nie wiedzą o ich posiadaniu, gdyż wrzucają je użytkownicy, a prawo nie nakazuje prewencyjnego filtrowania treści. W tej obronie idą jeszcze dalej, twierdząc iż rzekomo nie publikują treści lecz linki – a więc w żadnym razie nie naruszają niczyich praw.

Problem jest dużo mniejszy w USA, gdzie ustawa DMCA jasno zakazuje linkowania do naruszeń w jakikolwiek sposób, a pośrednicy – nawet ci publikujący tylko linki tekstowe – są regularnie ścigani. Dlatego też Google musiał stworzyć narzędzie do usuwania linków, a YouTube zbudować wewnętrzny system ochrony treści, inaczej musiałyby zostać zamknięte. Natomiast dużo wolniej postępuje proces w Unii Europejskiej i nawet mimo korzystnych orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości czy Sądu Okręgowego w Hamburgu w głośnych sprawach, decydenci czują się w tych sprawach bardzo niepewnie. Tak też należy traktować opinię Rzecznika Generalnego Trybunału Sprawiedliwości w ciekawej sprawie holenderskiego stowarzyszenia Stichting BREIN przeciwko właścicielowi strony XS4ALL publikowanie linków do The Pirate Bay. Znów sprawa oczywista dla użytkowników czy praktyków została wielokrotnie owinięta w bawełnę i mimo iż właściciel strony został potępiony za swoją działalność (trudno inaczej wyrazić się o The Pirate Bay, którego właściciele zostali kilkukrotnie skazani i odbyli kary pozbawienia wolności), to jednak sprowadzanie oceny tej sprawy na grunt świadomości operatora nie jest niczym innym jak pokazywaniem piratom, którą furtką będą mogli znów wydostać się na bezpieczny teren.

Dla specjalistów jest oczywiste, że cała rozmowa o linkowaniu to zasłona dymna. Nawet dla Google i mniejszych wyszukiwarek, które są najmniej pirackie w całym świecie internetowych naruszeń, obecność nielegalnych linków daje zasięg i ruch – a więc przekłada się na biznes, bo w internecie walutą jest kliknięcie. Ale w wypadku ewidentnie pirackich stron takich jak katalog torrentowy, nielegalny VOD oparty o agregowanie videohostingów czy forum warezowe sprawa jest oczywista. Są one beneficjentem ruchu, przychodów reklamowych oraz nierzadko abonamentów, a zamiar i cel ich działania nie pozostawia żadnych wątpliwości. Jednak niejasność statusu linków – którymi nazywane jest przez piratów w zasadzie wszystko łącznie z embedami, iframe’ami czy zwykłym streamingiem z osobno do tego celu zarejestrowanej domeny – sprawia iż ta działalność jest prawie bezkarna, a próby ucywilizowania regulacji są regularnie rozmywane.